alkamid bio photo

alkamid

Living in the Cambridge bubble

Github

Wybory

Dzień zwycięstwa w Wielkiej Brytanii ma dziś podwójne znaczenie. Doktorat niech ustąpi miejsca wyborom.

Agitacja po angielsku.
Agitacja po angielsku.

System

W UK jest w tej chwili pięć znaczących partii ogólnokrajowych: Labour (partia pracy), Conservatives (torysi), Green Party (socjaliści miłujący przyrodę), Liberal Democrats (partia centrum, ale bardziej z lewej jego strony) i UKIP (Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, ci od Nigela Farage). Do tego Szkoci mają Scottish National Party (SNP), a Walijczycy Plaid Cymru. W Ulsterze jak zwykle jest bałagan, partie co najmniej cztery. Co pięć lat Brytyjczycy głosują w 650 jednomandatowych okręgach wyborczych. W ostatniej kadencji rządziła pierwsza od wielu lat koalicja konserwatystów z liberalnymi demokratami — wcześniej prawie zawsze któraś z dwóch największych partii zdobywała większość.

Kampania

Podoba mi się brytyjska kampania wyborcza. Jest zwięzła i merytoryczna. Była jedna debata wszystkich siedmiu partii (piątka ogólnych, SNP i Plaid Cymru) — dla mnie, laika, świetna, bo bardzo ładnie pokazała różnice pomiędzy nimi. Dyskusja była ożywiona, ale zawsze kulturalna. Nikt nie próbował zabrać czasu innym, trochę jakby się bali, że ludzie pomyślą że są niewychowani. Wyprodukowano jeszcze z dwa-trzy programy z głównymi liderami, ale już bez debaty, żeby inni nie czuli się pokrzywdzeni. David Cameron, lider konserwatystów i dotychczasowy premier, jest bardzo charyzmatyczny. Jego sytuacja była też najlepsza, bo miał dostęp do wszystkich danych, wiedział co może realistycznie obiecać. A obiecał głównie kolejne pięć lat oszczędzania (słowo-klucz: austerity) i referendum w sprawie wyjścia z UE w 2017. Edowi Milibandowi, liderowi laburzystów, trochę tej charyzmy zabrakło. W dodatku znalazł się w trudnej sytuacji: jego partia nie miała w sondażach wystarczającego poparcia, by rządzić samodzielnie, a jedynych możliwych koalicjantów, Szkotów z SNP, Anglicy (podburzani przez Camerona) trochę się bali, a trochę z nich kpili. Nick Clegg, mój faworyt, walczył dzielnie, ale to nie jest czas partii centrowej: ludzie chcą albo radykalnego końca zaciskania pasa, albo dokończenia roboty konserwatystów. Do tego Liberalni Demokraci noszą od pięciu lat łatkę zdrajców, po tym jak weszli w koalicję z Cameronem i podnieśli czesne na uczelniach. Łatka to niezbyt zasłużona, ale w polityce się nie wybacza. Zieloni prowadzeni są przez Natalie Bennett. Ciekawa partia, ale zbyt radykalna; chcą na przykład całkiem znieść czesne i wprowadzić formę pensji wypłacanej każdemu (Basic Income). Z UKIPem zrobię to, co liderzy innych partii w trakcie debaty: zignoruję.

Głosowanie

Jako cudzoziemiec mogę głosować tylko w lokalnych wyborach, ale nie było to chyba warte odnotowania na fb, czego inni znajomi imigranci nie omieszkali zrobić. Ot, głosujesz na kogoś z okolic, kto zasiądzie w radzie miasta i zadecyduje o remoncie kolejnej drogi. Mogą za to głosować obywatele Commonwealthu — kolejny postkolonialny smaczek. Rejestracja jest bezbolesna (przez internet), głosować można i osobiście, i korespondencyjnie. Moja kandydatka, liberalna demokratka, wygrała w naszym okręgu. Hurra.

W śledzenie kampanii wciągnąłem się bardziej, gdy mój apolityczny kolega zaoferował mi swój głos — miał pójść i zagłosować wedle mojego wyboru. Mógłbym nawet iść za niego, bo tutaj identyfikacja przeprowadzana jest “na słowo”. Lib Dems przekonali mnie do siebie, nie miałem więc większych wątpliwości. Zresztą Cambridge od 20 lat jest raczej socjalistyczne, więc de facto wybór był pomiędzy laburzystą i libdemem.

Wyniki

Pokój MCR, kilka minut po 22. Grupka podekscytowanych brytyjskich undergradów zajmuje kanapy przed telewizorem, ale chętnie organizują miejsca dla przybyłych cudzoziemców, mnie i Ugo. Tłumaczą też nam kilka zawiłości elekcyjnych. W oczach mają rozczarowanie, a to przez ankiety wyjściowe (exit polls), które dają zdecydowaną przewagę torysom. Według tych ankiet Cameronowi brakuje tylko dziesięciu mandatów do większości (326). Jedni komentatorzy deklarują, że zjedzą swój kapelusz, inni że kilt, jeśli prognozy będą zgodne z prawdą. Sondaże przedwyborcze dawały konserwatystom tylko minimalną przewagę, stąd ogromne zaskoczenie. W Sunderland South tradycyjnie sztab liczy głosy błyskawicznie (50 min), na resztę wyników trzeba będzie czekać do rana. Wszyscy wytrzeszczają oczy na Szkocję, całkowicie zabarwioną na żółto, kolor SNP. Z 59 dostępnych mandatów Szkoccy Nacjonaliści wzięli 56.

Rano w pracy śledzimy słupek poparcia konserwatystów, który nieubłaganie zbliża się do magicznej liczby 326. W końcu zatrzymuje się na 331. Libdems zostali zmasakrowani: z 57 mandatów w zeszłej kadencji utrzymali tylko 8. “Mój” kandydat w Cambridge przegrał z laburzystą. Nawet lider, Nick Clegg, ledwo wygrał w swoim okręgu. Ale są też pozytywy: dla Szkocji mocna SNP, która jednak nie jest w rządzie, może być wbrew pozorom lepsza: nie pozwoli swoich spraw zepchnąć na bok, ale też niczego radykalnego nie może podjąć. Kolejny pozytyw: zaledwie 1 mandat dla UKIP, Nigel Farage przegrywa w swoim okręgu. I tutaj słodko-gorzkie zaskoczenie: trzej liderzy przegranych partii natychmiast rezygnują, i robią to w gentlemeńskim stylu, gratulując wygranym. Słodkie, bo chciałbym takich czasów dożyć w Polsce. Gorzkie, bo ich (Clegga i Milibanda) przekonania są mi bliższe niż Camerona. W Irlandii, jak już pisałem, bajzel: naliczyłem cztery partie i jednego niezależnego. W Walii chyba po staremu, owce pasą się szczęśliwie, kuce galopują po Brecon Beacons.

Zwolennicy i przeciwnicy jednomandatowych okręgów wyborczych niech przyjrzą się wynikom, szczególnie UKIPu. W uproszczeniu: JOW zabijają małe partie i niezależnych kandydatów, ale poprawiają jakość i lokalną legitymację posłów.

Witaj Wielka Brytanio oszczędzająca na pomocy socjalnej i pragnąca referendum europejskiego. Trzymam kciuki, żeby Cameron zreformował UE tak, żebyś chciała w niej zostać, ale trochę się boję, czy reszta UE też trzyma kciuki…