alkamid bio photo

alkamid

Living in the Cambridge bubble

Github

Konferencje kameralne

Właśnie wróciłem z małej, rodzinnej konferencji — chyba ostatniej w ciągu mojego doktoratu. Konferencja przyjmuje na przemian nazwę International Quantum Cascade Laser Summer Workshop (IQCLSW) albo International Conference on Intersubband Transitions in Quantum Wells (ITQW). W tym roku była odsłona pierwsza, czyli warsztaty, która z założenia jest trochę bardziej zorientowana na studentów. Małe konferencje spodobały mi się bardziej niż te wielkie, więc należy im się chociaż wpis na pożegnanie.

1. Policoro, Włochy

Na swoje pierwsze IQCLSW pojechałem zaraz po pierwszym roku. Radzę tak zrobić każdemu doktorantowi: dowiedzieć się o małej konferencji ze swojej dziedziny i wyprosić na nią wyjazd, nawet nic nie prezentując. Chyba rzadko się zdarza, by dziedzina była za duża, by organizować małe konferencje — z moich obserwacji wynika, że wtedy często naddziedzina się fragmentuje i poszczególne poddziedziny mają swoje sympozja.

Poleciałem do Włoch z kolegą-doktorantem z roku, Robem, żeby było nam raźno. Spóźniliśmy się z rezerwacją i musieliśmy nocować o 15 minut od resortu konferencyjnego, ale nie miało to większego znaczenia. Policoro to mała miejscowość na samym południu Włoch, był wrzesień — pora idealna, by przerwy od wykładów spędzać w morzu albo przy stoliku prawdziwej włoskiej pizzerii.

Pierwsze dwa dni IQCLSW są zawsze wypełnione warsztatami, czyli po prostu wykładami bardziej doświadczonych naukowców dla studentów. Teoretycznie powinny dotyczyć podstaw, choć niektórzy się zapędzają w szczegóły badań swoich grup. Kolejne trzy dni to już typowe wystąpienia naukowe o najnowszych wynikach eksperymentów. Pamiętam, że w swoim notatniku zapisywałem skrzętnie moje ,,oceny’’, a najlepszą dostał Theodor Hänsch, noblista z gościnnym wykładem, bo miał bardzo pomocne animacje, zapewne zrobione przez jego studentów. Te oceny wystawiałem tylko dla siebie, żeby nie popełniać tych samych błędów. Niestety nie jestem najlepszym słuchaczem, szybko się dekoncentruję i łatwiej mi przyswajać wiedzę czytając. Pewnie też przez to zawsze krytycznie patrzę na jakość prezentacji i przez ostatnie trzy lata widziałem może z dziesięć, które były naprawdę dobre.

Wystąpienia w Policoro działały na mnie motywująco, myślałem sobie że też chcę tu kiedyś prezentować, dołożyć swoją cegiełkę, rozumieć to wszystko tak jak prelegenci. Szczególnie pamiętam jeden wykład, na którym pewien grower (osoba zajmująca się wytwarzaniem materiałów w maszynie MBE) zwracał uwagę, jak mocno różnią się te same struktury wzrośnięte w różnych grupach. Przydałoby się, mówił, jakoś to usystematyzować i być może odkryć, co stoi za różnicami. Pomyślałem wtedy, że mógłbym zrobić bazę wszystkich opublikowanych laserów kaskadowych, powiedziałem o tym potem nawet mojemu szefowi. Z pomysłu nic się nie urodziło, bo wymagało to dużo pracy archiwistycznej, na którą ja nie miałem czasu, a nie mogłem też znaleźć do tego chętnych studentów.

Pierwsza IQCLSW była dla mnie najlepsza towarzystko. Wieczory były świetnie zorganizowane (kolacje, koncert, wycieczka, bankiet…), było mnóstwo okazji do poznania innych doktorantów, a i starsi naukowcy byli dostępni i przyjaźni. Wprawdzie nie zawarłem tam żadnych znajomości, które przekształciłyby się we współpracę naukową, ale z kilkoma osobami utrzymuję kontakt do dziś.

2. Wiedeń

Rok później trafiłem do Wiednia, tym razem bez żadnego towarzystwa z naszej grupy, ale jakoś sobie poradziłem, doczepiając się do francuskiej grupki. Na oko w laserach kaskadowych jest najwięcej właśnie Francuzów i Włochów, co może nie powinno dziwić, skoro wynalazcy laserów pochodzili z Italii i Szwajcarii.

Tym razem nie była to już szkoła letnia, ale konferencja, temat też był trochę szerszy niż lasery kaskadowe. Spotkałem tam miłego profesora z Lublina, który błąkał się samotnie po salach konferencyjnych. Okazało się, że jest teoretykiem i pracuje praktycznie sam, bo bardzo trudno jest na UMCS zdobyć doktorantów-fizyków. Na kolacjach poznałem też kilkoro naukowców bardziej znanych w środowisku, ale po paru wieczorach znudziły mnie trochę opowieści czy plotki o innych i dotarła do mnie hermetyczność tej grupy.

Od strony naukowej miałem nadzieję na ciekawe sugestie dotyczące mojego projektu, który prezentowałem na sesji plakatowej. Nie mogłem rozgryźć pewnych wyników. Jednak moich rozmówców też one dziwiły i nikt mnie nie naprowadził na wytłumaczenie. Na koniec konferencji odbyła się ,,sesja RUMP’’, na której bardziej prominentni naukowcy mieli odpowiadać na pytania wrzucane wcześniej przez innych do puli. Z ciekawości sam napisałem tam coś w stylu: Jak rozwiązać problem niestabilności pracy naukowca? Jak młodzi ludzie mogą pogodzić pracę naukową z założeniem rodziny? Za odpowiedź zabrał się szef grupy z MIT, człowiek bardzo znany i szanowany, co było widać po reakcji audytorium: on był już trochę podpity po wcześniejszym sznapsowym poczęstunku, a wszyscy wsłuchiwali się i kiwali głowami, jak gdyby słyszeli prawdy objawione. Moim skromnym zdaniem profesor zrozumiał problem po profesorsku, a nie udało mu się wejść w buty młodego doktoranta. Wspomniał, że trzeba studentów szkolić z wielu dziedzin: elektroniki, optyki, fotoniki itd., żeby zwiększyć ich zatrudnialność. Tylko że ani doktoranci nie narzekają na nadmiar czasu, ani na trudności ze znalezieniem pracy poza uniwersytetami. Problem według mnie polega na tym, że wielu młodych naukowców nie może sobie poukładać życia prywatnego, ze względu na wymagania mobilności i niestabilność zatrudnienia jako postdoc. Ale może tak ma być, może jest wystarczająco dużo mądrych ludzi, których nie interesuje zapuszczanie korzeni?

3. Cambridge

Trochę na początku skłamałem, że właśnie wróciłem z ostatniej konferencji (a trzymając się nomenklatury: szkoły letniej), bo ta odbyła się w tym roku w Cambridge. Dla naszej grupy to nieciekawa politycznie historia, bo główni organizatorzy konferencji to grupa z Leeds, czyli nasi naukowi rywale. Szkoda, że nie mamy na tyle silnej pozycji, żeby choć współorganizować taką konferencję. Nasza rola ograniczała się do lokalsów oprowadzających po labie i polecających pobliskie puby.

Tym razem poszedłem tylko na kilka sesji, na których nie znalazłem chyba nic, co miałoby związek z moimi projektami — plakaty okazały się ciekawsze. Jak wspomniałem, nie jestem najlepszym słuchaczem, dlatego sesje plakatowe są dla mnie bardziej wartościowe, bo mogę najpierw obejrzeć plakat w spokoju, a potem zapytać autora o ciekawe fragmenty jego pracy. Jedynym mankamentem jest straszny ścisk na większości konferencji — nie wiem dlaczego organizatorzy zazwyczaj nie zdają sobie sprawy z ograniczeń przestrzennych, przez co czasem nie ma nawet miejsca, by autor (sic!) mógł stać przy swoim plakacie.

Nawiązywaniem nowych znajomości zbyt intensywnie się nie zajmowałem, za to stare odnowiłem przy smacznych kolacjach w college’u. Lekko to cyniczne, ale cel mam jasny: sumiennie dokończyć eksperymenty, napisać pracę doktorską i znaleźć kolejną, już poza uniwersytetem. Gdyby było inaczej, taka konferencja byłaby najlepszą okazją do zagajenia profesorów i wybadania, czy nie potrzebują nowego postdoca. Poznałem za to dwójkę miłych ludzi z ITE z Warszawy, którzy dzielnie próbują wprosić się do naszej społeczności ze swoimi ciekawymi technikami spektroskopii — trzymam kciuki!


Cieszę się, że lasery kaskadowe mają takie kameralne, coroczne spotkania. Daje to jakieś poczucie przynależności do grupy i kolektywnego wysiłku, żeby osiągnąć coś wielkiego. Czasem po wykładach, w czasie na pytania, nawiązuje się dyskusja pomiędzy profesorami — słychać wtedy, że wiedzą dużo i mierzą wysoko. Trochę szkoda, że nie załapię się na przyszłoroczną odsłonę w Singapurze, ale mam nadzieję że w moim przyszłym zawodowym życiu też trafię na takie spotkania.